ozyrynio blog

Twój nowy blog

To już chyba nikt Ozyrynia nie czyta. 
Ale generalnie dalej pierdolę system.
Nowy rok przywitałam na pół trzeźwo – nie, nie rzucam picia. Po prostu złapał mnie wirus żołądkowy i mogłam tylko Becherowkę. 
Ale jeśli będzie to taki rok, jak jego powitanie, to niech będzie :)
W Sylwestra były ze mną właśnie te osoby, które miały być. I niech ich nie zabraknie. 
Zdrowia, moi drodzy. I samych miłych niespodzianek.

POza tym na ten rok mam jeden główny cel – wyluzować. 
Przez 5 lat zapędziłam się w kozi róg społecznych oczekiwań –  starając się być dobrą matką wpędziłam się w coś na granicy depresji. Znielubiłam własne życie. 
Na szczęście się zbieram. Nawet gdybym była taką matką, jak chcieliby inni, jaką być powinnam, to i tak dziecko miałoby mi mnóstwo do zarzucenia. Bo nie ma dzieci, które nie mają pretensji do rodziców. Dlatego pierdolę, ułatwię jej sprawę. 
Paradoksalnie, odkąd zaczęłam wychodzić ze skorupy i robić to, na co mam ochotę (przychodzę do domu i zamiast sztucznie organizować dziecku czas, siadam z gazetą, bo kurwa chcę), sytuacja między mną a Krewetą jakoś się oczyściła. Może ona wie, że więcej ze mnie nie wyciśnie, może już rozumie, że ma taką a nie inną matkę. I nasze rozmowy też bardziej zaczynają przypominać ludzkie. A nie opcja: albo upominanie albo dziecięce pierdolenie.
Z innej beczki – na froncie sercowym, jak widać, i słychać i czuć, odpukać, odpluć, wszystko gra i buczy. Kciuki !

przez S.
Po małym piwku wieczornym, to piszę. 
W ciągu ostatnich dni u dziecka podejrzewano (i fortunately wykluczono) kolejno: anginę, wyrostek, nerki, salmonellozę oraz E-Coli. 
Syf okazał się być wyjątkowo ciężkim wirusem żołądkowym, którego (co ciekawe) nie złapał nikt inny w domu. 
Powinnam jednak była się tego domyślić – co roku na jesień Kreweta łapie wirusa żołądkowego. Zmyliło mnie to, że już grudzień. 
Co do spraw sercowych – jest progres, tak powiem :)
Pierwsza część progresu polega na tym, że poznawszy Człowieka osobiście, moja mama zmieniła front i teraz jest nim  zachwycona. 
Nie sądziłam, że tak silne uprzedzenie jednak da się przezwyciężyć. Jak widać, mimo 31 lat na karku sporo jeszcze o życiu nie wiem.
Poza tym jakoś leci.
Zaniepokoiło mnie jednak dzisiaj to, że dawca genów Krewetkowych (nieobecny w życiu dziecka odkąd skończyło 2 miesiące), przysłał dziś smsa o treści : ‚co tam jak zyjecie mam nadzieje ze ok’ (pisownia oryginalna).
Znam gościa – uprzedzam, w cudowne przemiany nie wierzę – i wiem, że jak pisze, to znaczy, że ma problemy i czegoś chce. 
Problemy (w przypadku zwrócenia się do byłej) mogą być dwojakie:
a) misio nie ma forsy (wie, w jakim fachu pracuję – nazwiska na rynku wydawniczym się nie wyprę)
b) misio dostał kopa od obecnej kobiety – a że sam nie funkcjonuje, musi koniecznie znaleźć kolejną nosicielkę – inaczej zaszkodziłby swojemu wizerunkowi faceta, który MA RODZINĘ (nieważne, że tylko na zdjęciu, nieważne, że zero więzi). 
Nie mam zamiaru nawiązywać kontaktu, już nawet nie ze względu na osobistą awersję i uraz do gościa, lecz właśnie ze względu na dziecko. Kontakt z psychopatą, moim skromnym zdaniem, może ona nawiązać dopiero za jakieś 10 lat, kiedy będzie samodzielnie myśleć i zniesie ewentualne odrzucenie.
Nie zmyślam.
To facet, który w życiu swojego pierwszego syna pojawiał się od wielkiego dzwonu, jak akurat miał kaprys być z jego matką, obiecywał gruszki na wierzbie, zasypywał prezentami, a potem znikał.
Dziecko, z nosem przy szybie, czekało… Bo obiecał.
Mogę dać się poniewierać, jeśli to ma czemuś służyć, ale kurwa, manipulować dzieckiem, którego nikt nigdy nie okłamał, nie dam.
Trudno. Za jakiś czas pewnie to ja będę ta zła. 

… o elaborat na temat mojego życia sercowego. To powiem tak – długo, długo było chujowo. Znaczy, w zasadzie nie chujowo, bo nie było nic. Kononowicz normalnie.
Od jakichś 3 miesięcy jest… No jest ktoś. I aż się boję pisać, bo tak jest fajnie.
Mam, oczywiście, nadzieję, że nic się nie zjebie.
Takich kwiatków jak naturalne metody już raczej przerabiać nie będę, choć i tamtego wspominam całkiem miło. Niemniej jednak, jak bardzo bym nie była zakochana, reprodukcja mnie już nie interesuje. Teraz mam ochotę pożyć. Na hasło „pielucha” zaczynają mi drżeć ręce, na czoło występują zimne poty, a umysł podpowiada: „pierdol to, zostań ninja”.
Nie wiem, nie chcę zaklinać rzeczywistości,ale też nie chcę już wierzyć w złą karmę.
Nic nie zakładam z góry, nic nie zakładam z dołu.
Just go with the flow.

Dziecko na wycieczce dzisiaj nie dość, że pierdziało na szlaku, to jeszcze uparło się, żeby kłuć mnie w dupę patykiem.  Że niby rycerze Jedi. Z tego, co pamiętam, nie dźgali się po dupskach, ale co ja tam wiem. Mam tylko nadzieję, że reszta towarzystwa niezbyt uwaznie sluchała rozprawiania Krewety o krowich plackach i króliczych bobkach.
Ostatni hit – rodzaje pierdów na nonsensopedii.
Pływamy na basenie, a Kreweta podpływa i pyta:
- A na basenie, to jak się nazywało? Pierd-Walkiria?

Indeed. Amfibia raczej.

Łan

8 komentarzy

Zgodnie z życzeniem kolegi s.
No to będzie tak. Zmieniłam pracę.
Mimo że uwielbiam uczyć i po prostu przepadam za studentami, to niestety, ale nie po to kończyłam pierdolone studia na pierdolonym UJu, eby pracować za jebane 1100. Teraz mogę to już oficjalnie napisać. Minęły czasy siłaczek.
Kreweta za 3 dnni rozpoczyna edukację w zerówce.
by the way, nie na darmo mowi się, że są dwa najpiękniejsze dni w roku: pierwszy i ostatni dzień wakacji.
Komu kurwa w ogóle przyszło do glowy, żeby robić 2 miesiące wakacji ciurkiem? Potem pierwszy semestr ciągnie się jak smród po gaciach, a starczyłoby zabrać 2 tygodnie z wakacji i przełożyć na koniec października/początek listopada. A  w 2 miesiące można bardzo dużo – na przyklad pierdolca dostać. I o ile w przypadku 5-latka to nie robi, bo posiedzi  z dziadkami lub pójdzie do dyżurującego przedszkola. Ale jak będzie miała 10/12 lat, to co? Będzie siedzieć na jebanym trzepaku całymi dniami czy też pierdzieć w stołek w domu? Bo nie znam osoby (niebędącej nauczycielem), którą stać na 2-miesięczne wakacje. I stąd potem młodzieży pierdoły po głowach chodzą.
No, to pojechałam po wakacjach tak pod ich koniec.
A, nad morzem bylyśmy, Krewetka zachwycona spotkaniem z blogową koleżanką :)
Ja zachwycona piwem Bosman.
No i rosną nam dzieci,rosną. I to jest cudowne.
Nie zmieniło się upodobanie mojego dziecka do opowiadania o dupie. Sugerowała mi niedawno, żebym na ślub jej matki chrzestnej sprawiła sobie kapelusz w kształcie dupy. Ja i kapelusz??
Całe szczęście wesele zapowiada się  na przyszły rok, więc może wybiję jej z  głowy ten pomysł. Albo sama niech idzie w dupim kapeluszu, jak taka odważna. Ale nie, lepiej z matki zrobić pajaca.
Na dziś koniec transmisji.
O czym ma ciocia dalej opowiadać?

… Love Actually, po raz chyba trzeci czy czwarty. Po raz kolejny najbardziej wzrusza mnie historia chłopczyka, któremu umiera mama i zostaje kurna nawet nie z ojcem, ale z ojczymem.
Ale takich ludzi jak ten ojczym to tak naprawdę nie ma , wiecie. Faceta trudno zmusić, by zajął się własnym dzieckiem, a co dopiero obcym.
ech, rzeczywistość.
Dobrze, że są takie filmy.
Mimo wszystko, mimo, że jeszcze parę godzin temu irytowała mnie perspektywa świąt, to teraz jednak cieszę się, że idą.
I wesołych wszystkim życzymy razem z Krewetką!

mały apropos

3 komentarzy

A propos czegoś przeczytanego na innym blogu, nota bene u osoby, którą mam przyjemność znać osobiście, lubić i szanować. 
Bo też wcale nie o nią mi chodzi, tylko o sam temat. Często nie podobają nam się metody wychowawcze innych ludzi. Na co dzień przyzwoitość każe nam się nie wtrącać, i dobrze. Jednak na stanowisku wychowawcy/nauczyciela czasami trzeba. 
Jako rodzic oczekuję, że wychowawca mojego dziecka, jeżeli spostrzeże jakiś problem/będzie miał zastrzeżenia do tego, co się dzieje w domu, to MI O TYM POWIE. Nie wyśmieje dzieciaka przy wszystkich, nie napisze zdawkowej uwagi w zeszycie, tylko przy najbliższym spotkaniu powie mi wprost, choć grzecznie, w czym rzecz. Żebym miała szansę wyprostować kwestię/wytłumaczyć się/lub przedsięwziąć kroki, jeśli faktycznie, problem jest, a ja go wcześniej nie widziałam. I to jest uczciwe. Nie obraziłabym się, tylko przemyślała sprawę. Zawsze zresztą dziękuję za wszelkiego rodzaju krytyczne uwagi, jeśli jest to krytyka konstruktywna. 
Natomiast
Dziwi mnie. Dziwi mnie ja diabli nasze współczesne pokładanie zaufania w „instynkcie”. Dziwi mnie święte oburzenie osób, które komentują wspomnianego przez mnie bloga i nie tylko tego – wszyscy (podejrzewam, że baby) jak jeden mąż (hłe hłe) nagle wyrażają swoje zaskoczenie i święty gniew – jak tak można? Jak można wysyłać dziecko do żłobka na dziesięć godzin, jak biedne płacze? Jak można nie dać buzi na do widzenia? Jak można nie uprzedzić , że się wychodzi?
I teraz tak, żeby nie było- rację ma wychowawczyni, że problem zauważa i rozmawia z rodzicami. Natomiast gromada kwok, gdaczących z gniewem „jak tak można” po prostu mnie wkurwia. Bo na pytanie „jak tak można” jest jedna odpowiedź: „ano można”. Nikt się nie rodzi wiedząc, jak być rodzicem. Owszem, zdarzają się matki, które od początku czują, co chce im powiedzieć wrzeszczący tobołek – ja nie wiedziałam. Ni chuja nie wiedziałam, czy tym razem głodne, mokro, kolka, czy po prostu ból istnienia. mam umysł analityczny. Jeżeli ktoś mi czegoś nie powie/ nie wyczytam/ nie wysnuję logicznego wniosku na podstawie PRZESŁANEK – to ja po prostu nie wiem. Nie wiedziałabym więc, że mowiąc do dziecka w stanie wkurwienia najlepiej jest kucnąć, by być na jego poziomie. Sama bym nie wymyśliła z tego powodu, że NIC bym sama nie wymyśliła, jeśli się tego wcześniej nie uczyłam. Ja  mam bardzo niską empatię i niuansów nie czuję. 
Do dziś nie wiem, czy to dobrze, że dziecko moje nie śpi samo tylko przyłazi w nocy do mnie. Nie  zastanawiam się. 
Nie wiem, czy to dobrze, że dziecko uwielbia rozmawiać o dupie. Ja w tym nic złego nie widzę. 
nie wiem, czy to dobrze, że dziecko czasem siedzi i ogląda bajkę, a ja odpowiadam na maile. Żadnej z nas to nie wadzi, więc bywają i takie chwile. 
Nie wiem, co złego w jedzeniu MacDonalda raz na jakiś czas. 
Nie wiem, co złego w tym, że zdarza mi się na dzieciaka krzyknąć – wszyscy jesteśmy ludźmi. 
Nie wiem, co złego w tym, że nie bawię się z młodą zabawkami – w ogóle. Czytam. Układam puzzle. Rozmawiam. NIGDY nie biorę do ręki zabawek. 
Jeżeli ktoś ma coś do mojego wychowania i jest to osoba kompetentna – ufam, że mnie oświeci. 
Jeżeli ktoś woli oglądać się za mną na ulicy i kręcić głową, mamrocząc pod nosem „jak tak można”, to odpowiem:
„SRAK”

Studiuję

1 komentarz

Sobie. Podyplomowo. Terapię zajęciową. 
Znalazłam się tam trochę przez przypadek. Niemniej jednak, wciągnęłam się i mimo że z czasem kiepsko, to muszę przyznać, że zainwestowałam go ciekawie. Na ostatnim zjeździe w Warszawie mieliśmy moduł poświęcony dzieciom z porażeniem mózgowym.
Niezwykłe wrażenie.
Swoją drogą, czasami nie zdajemy sobie sprawy, jakie to szczęście urodzić zdrowe dziecko. Niechby sobie i było upierdliwe, uparte, nie uczyło się – podejrzewam, że rodzice maluchów z porażeniem daliby wszystko za te nasze codzienne „problemy”. A mają inne. Codzienna, żmudna rehabilitacja, która – umówmy się – nie przyniesie spektakularnych efektów. Bo nie zlikwiduje porażenia kończyn. Sprawi tylko, że nie będzie gorzej. Ale nie wyleczy.
Najgorsze w tym wszystkim wydaje mi się to, że porażenia mózgowe w znacznej części są spowodowane komplikacjami przy porodzie. Czyli cała ciąża przebiega prawidłowo, a w ostatniej chwili coś się spierdoli. Na przykład o kilka minut spóźniona decyzja o cesarskim cięciu. KIlka minut, godzina – a potem całe życie z niesprawnym dzieckiem, które przecież miało być zdrowe! I mogło być zdrowe.
Rodzice patrzą na to chyba nieco inaczej – nie myślą, że dziecko mogłoby być inne. Że gdyby coś tam poszło sprawniej, byłoby zdrowe. For the sake of the parents – mam nadzieję, że tak nie myślą, bo zwariowaliby.  I za to pogodzenie ich podziwiam. 
Z weselszych kwestii – zaliczyłam wyprawę pod krzyż, jeszcze zanim go zdjęli.
Podkreślam – nie, to nie ja go stamtąd zabrałam, mimo że i takie telefony odbierałam tydzień temu.
wstyd mi tylko było, bo dookoła mnóstwo cudzoziemców i takie wielkie gały robią, co się to u nas wyprawia.
Jako Polce jest mi wstyd za nasz kraj. Nie pierwszy raz i obawiam się, nie ostatni. 
Ominęła mnie impreza z 96 krzyżami, tuż po moim wyjeździe ze stolicy. W zasadzie  nie o krzyżu chciałam pisać, bo to już nudne się robi. Za to rozśmieszył mnie ten kretyn, Bulski – że niby aktor. Znany już chyba tylko z tego, że stoi pod krzyżem. 
Unosił się tam jak spiritus movens całego przedsięwzięcia, stał na czele grupy starych dewotek i krążył od jednej do drugiej, giving himself airs. Stare baby to ja jeszcze rozumiem – nudzą się. Ale jak można na własne życzenie robić z siebie pośmiewisko?
Ciąg  dalszy niebawem.

Trzydziecha

5 komentarzy

Miałam z tego powodu doła. Nie mam pomysłu na siebie, nie mam dobrze płatnej pracy, mam szefową, która mnie mobbuje (mobbinguje?)… Ale dostałam dzisiaj najpiękniejszy prezent na świecie. Krewetka podarowała mi kartkę z życzeniami, na którą nagrała wiadomość głosową „Mamo, kocham cię”. I małe plastikowe serduszko, które pocałowała. Taki urodzinowy buziaczek. 
Wzruszyłam się jak stary siennik. A potem  zrobiło mi się wstyd. Że miałam czelność uważać swoje życie za przegrane. 
I naprawdę, nie żałuję ani chwili do tej pory, nie zamieniłabym się z nikim, nawet młodszym, bogatszym i bardziej operatywnym. 
NIe jestem wierząca, ale nie ma dnia, żebym losowi nie dziękowała za taką wspaniałą córeczkę. 
I sama sobie na urodziny życzę tylko zdrowia dla Krewetki. I bezpieczeństwa. 
Wiem, że dla niej uciągnę kolejne 30 lat. 

Nirwana

3 komentarzy

Napisalam notkę, ale mi wcięło. Dorota w przedszkolu, ja szykuję sie do sesji poprawkowej. 
Muszę zacząć więcej zarabiać. Chętnie zmienię robotę. Dziecko powitało nowy rok z radością, czemu trudno się dziwić, w końcu siedzenie w deszczową pogodę w domu z przynudzającą, malo zabawową matką, nie należy do przyjemności. 

A co poza tym?
Poza tym pamiętają państwo zapewne koniec mojego związku z „PRzyjacielem”. Myślałam, że mam już z tym spokój, ale myliłam się. 
Otóż po zerwaniu kontaktu, pół roku po rozstaniu, „PRzyjaciel” zarzucił mi, że nie dałam mu nic wyjasnić.
Ale co wyjaśnić, misiu, zdziwiłam się. Przecież na ostatnim spotkaniu powiedziałeś, że będziesz się z nami nudził i nie wiesz, czego chcesz od życia. Czyżbyś naściemniał mi nieprawdy?

No i tak. Okazuje się, że miś pyś czuł się niekochany ale jakoś zapomniał mi wtedy o tym powiedzieć, bo bezpieczniej było naściemniać i mieć nadzieję, że się domyślę, o co chodzi. Niestety, zamiast „dać nam jeszcze jedną szansę”, uznałam, że jak nie chce ze mną być to niech nie będzie. Ależ ze mnie wredna sucz. Zamiast drążyć temat, ja po prostu zgodziłam się na rozstanie!
Potem nastąpiła bardzo niemiła wymiana maili, mająca wyjaśnić sprawy. 
Zostałam oskarżona o manipulację wspólnymi znajomymi („Przyjaciel” wypisywał na portalu społecznościowym, że go niby zdradzam, na co zareagował nasz znajomy), o zazdrość o byłą dziewczynę, o chęć zysku nawet – nie spodziewałam się, że ktoś wypomni mi, że zabierał mnie i moje dziecko na wycieczki! Kurwa, na drugi raz nie dam się nikomu nigdzie zabrać, jak potem mam zostać oskarżona o interesowność. Dostało m się nawet, że chciałam faceta, żeby „ludzie nie gadali”. 
Nie muszę mówić, że wszelkie dobre wspomnienia tamtego okresu uległy natychmiastowej kasacji. 
I na  koniec mały disclaimer – gdybym istotnie chciała mieć faceta po to, by pokazywać go rodzinie i koleżankom, wybrałabym kogoś znacznie bardziej reprezentacyjnego. 
Teraz nabawiłam się jeszcze większej alergii na związki damsko-męskie. Ewidentnie nie mam szczęścia w tym względzie. Pozostaje mieć nadzieję, że w innych dziedzinach życia będzie lepiej. 

Życzę sobie, żeby dalej było tak jak jest. 
I naprawdę tym razem nic więcej nie mam do dodania :)
Może dlatego, że po raz pierwszy od … chyba od urodzenia jestem pogodzona ze sobą i ze swoim życiem. Nie mam do nikogo pretensji, żalu, nie chcę nic zmieniać. Jestem zadowolona ze swoich decyzji oraz z ich rezultatów. 
Mogę realizować się jako matka, ale również zawodowo i w swoich zainteresowaniach. Trochę to trwało, ale warto było. Dojść do porozumienia ze sobą i ze światem. 


  • RSS